foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

PAMIĘCI KONSPIRATORÓW KRAKOWSKIEGO KEDYWU AK "GROM".SZARE SZEREGI.

"ZIEMIAŃSKA" KRAKOWSKA CUKIERNIA - ZAMACH - DOWÓDCA AKCJI "ORLIK" ZDZISŁAW MERES.

WŁODZIMIERZ ROZMUS, W ODDZIAŁACH PARTYZANCKICH SKAŁA.

Liczne akcje dywersyjne i sabotażowe oraz rozbrajanie pojedynczych Niemców spowodowały na terenie Krakowa zagrożenie i „spalenie” kilku młodych ludzi. W takich przypadkach kierowano członków ruchu oporu do leśnych oddziałów partyzanckich. Tak też powstał drugi oddział krakowskiego „Kedywu”. 18 stycznia 1944 roku pierwsza grupa partyzantów oddziału o kryptonimie „Grom” wyruszyła do lasów w okolicy Niepołomic. Liczyła ona osiem osób: Zbigniew Gawlik -„Żmija”, Jerzy Gara -„Błysk”, Wojciech Niedziałek -„Judasz”, Zbigniew Kulig -„Zbójnik”, Kazimierz Hromniak -„Leśnik”, Jerzy Tracz -„Mały”, Zdzisław Meres -„Orlik”, Kazimierz Meres -„Ryś”.

Nie byli początkującymi żołnierzami podziemia. „Judasz” wojował uprzednio przez pięć miesięcy w oddziale „Błyskawica”. Patrol pod dowództwem „Orlika” w składzie: „Leśnik”, „Ryś”, „Mały” dokonał w listopadzie 1943 roku zamachu na cukiernię „Ziemiańską” przy ul. Mikołajskiej w Krakowie.

„Orlik” - dowódca akcji był znakomitym żołnierzem i wspaniałym, kolegą, niskiego wzrostu o małych przenikliwych oczach imponował odwagą i trzeźwością umysłu. Umiał znakomicie opowiadać o swoich przeżyciach. Jego plastyczne wywody poparte gestykulacją rąk wprawiały szczególnie nowicjuszy w niemały zachwyt. Słuchacze w czasie relacji po prostu widzieli przebieg opowiadanych wydarzeń. Najbliżsi koledzy nazywali go także „Łatą”. Jemu też powierzono dowództwo nad patrolem AK w akcji na cukiernię „Ziemiańską”. Zwykli przebywać w niej częściowo już rozpracowani Żydzi, niemieccy konfidenci z terenu Krakowa. Byli to Diamand, Karolewski, Kusek, Bielecki, Apfel, Förster, Żabiński i Stefania Brandsteter, znana także jako „Krysia konfidentka”. Miała ta żydowska grupa na sumieniu kilkudziesięciu Polaków wydanych w ręce Gestapo. Nic dziwnego, że interesowały się nimi zarówno komórki AK jak i grupa bojowa PPS.

Dowództwo „Kedywu” nawiązało kontakt z PPS planując wspólną akcję w „Ziemiańskiej”. Bojowcy PPS mieli działać wewnątrz kawiarni, zaś akowcy dawali obstawę. Przed akcją PPS-owcy zostali jednak „spaleni”. Całość działań wziął na siebie patrol „Orlika”, z tym, że dowódca i „Leśnik” działać mieli wewnątrz lokalu, a „Mały” i „Ryś” ubezpieczali kolegów na zewnątrz.

Zadecydowano użyć granatów własnej konspiracyjnej roboty, które wypróbowano na Skałach Twardowskiego. W komórkach „Kedywu” przygotowano ładunek składający się z pięciu granatów oraz kilograma pociętego na małe kawałki żelastwa. Całość była opakowana i stanowiła estetyczną paczkę.

Patrol „Orlika” przebywał całymi dniami w określonych godzinach w kościele św. Barbary klęcząc w ławkach i oczekując na dogodny moment. Wreszcie łączniczka przyniosła upragniony rozkaz. Wszyscy bywalcy „Ziemiańskiej” są w komplecie. Na ulicy Mikołajskiej zapadał zmrok.

„Ziemiańska” składała się od frontu z dwóch pomieszczeń. Przez wąski i ciemny pokój wchodziło się do dużego pomieszczenia, gdzie przesiadywali żydowscy konfidenci Gestapo.

Pierwszy do cukierni wszedł „Orlik”. W drzwiach wejściowych natknął się na parę przyzwoicie wyglądających osób, którzy przypadkowo chcieli także odwiedzić lokal. Zrobiło się mu żal niewinnych ludzi i postanowił ich ostrzec .

- Nie wchodźcie!

- Dlaczego?

- Policja!

Ostrzeżenie poskutkowało. „Orlik” siadł przy małym stoliku w pierwszym pomieszczeniu i spokojnie zamówił dwa ciastka. W „Ziemiańskiej” płaciło się zazwyczaj przy bufecie. Zaczął więc szukać pieniędzy po kieszeniach. Portfel miał niestety przyciśnięty ukrywanym parabellum. W tym czasie „Leśnik” stanął przy wejściu do drugiego pokoju, pociągnął za sznurek przyczepiony do zawleczki granatu i cisnął całą paczkę na stolik konfidentów. „Orlik” trzymając pistolet w ręce ubezpieczył odwrót „Leśnika”. Kiedy spiesznie opuszczali lokal nastąpił wybuch. Wyleciały szyby i powstała na ulicy panika. Korzystając z tego chłopcy szybko oddalili się z miejsca akcji.

Jak się później okazało eksplodował tylko jeden granat. Pozostałe cztery z wiązki nie wybuchły. Prawdopodobnie przyczyną był zawilgocony proch. Wśród konfidentów był jeden ranny, reszta zaś ogłuszona i poturbowana. Lokal został zdemolowany.

Pomimo, że akcja nie w pełni się udała, miała duże znaczenie psychologiczne. Żydowskim konfidentom zajrzała w oczy śmierć i na własnej skórze odczuli, że za popełnione zbrodnie nadchodzi czas zemsty.

Zrozumieli to także Niemcy, dla których tego typu ludzie stanowili dużą wartość. Toteż po zamachu otoczyli swoich szpicli troskliwą opieką. Nie dało to jednak pozytywnych rezultatów, bowiem w dwa tygodnie później patrol „Żelbetu” zlikwidował konfidenta Żyda Kuska na ul. Strzeleckiej.

Dwaj dalsi żołnierze oddziału „Grom” - „Zbójnik” i „Błysk” nosili poprzednio mundury „Organisation Todt” i udawali Węgrów licząc na to, że musieliby mieć dużego pecha, gdyby wpadli na Niemca znającego ten język. Właśnie mundury "Organisation Todt" pomagały im w rozbrajaniu pojedynczych niemieckich żołnierzy.

Dowódca oddziału „Żmija”, to przedwojenny kpr. podchorąży. W ramach działalności konspiracyjnej prowadził szkolenie przyszłych partyzantów w dziedzinie znajomości broni i regulaminów służby wojskowej.

Gdy wyruszali do lasów w Wieliczce czekał na nich łącznik z oddziału „Błyskawica” - „Żbik”. Przeprowadził ich w rejon Puszczy Niepołomickiej do leśniczówki w miejscowości Chobot. Tam też spotkali się z kolegami z „Błyskawicy” i dostali kolację. Liczyli także na spoczynek, lecz dowódca „Błyskawicy” - „Roman” zdecydował się na natychmiastową zmianę miejsca postoju. Obawiał się dekonspiracji po przybyciu tak licznej grupy.

Jeszcze tej samej nocy oba oddziały dotarły do Woli Batorskiej, gdzie zakwaterowano się w czteroklasowej szkole. Niemiłosiernie wyczerpani chłopcy zapadli w kamienny sen, na bardzo niewygodnych ławkach.

29 stycznia 1944 r. „Błyskawica” i nowo sformowany „Grom” otrzymał rozkaz udania się do rejonu Grodkowice-Cudów w Puszczy Niepołomickiej. Ich zadaniem miało być zorganizowanie zasadzki na niemiecki pociąg wojskowy. Oczekiwała na nich grupa dywersyjna „Kedywu” w składzie: Stanisław Więckowski -„Wąsacz”, Ryszard Nuszkiewicz -„Powolny”, Henryk Januszkiewicz -„Spokojny”, Zygmunt Kawecki - „Mars”, Mieczysław Cieślik -„Koral”, Józef Borkowski -„Kruk”, Kazimierz Lorys -„Zawała”, Władysław Wiśniewski -„Wróbel”, Władysław Bajer -„Zemsta” i NN -„Marynarz”.

Na 30 stycznia 1944 r. przypadła rocznica objęcia przez Hitlera urzędu kanclerza Rzeszy. Rocznicę tę postanowili Niemcy szczególnie uroczyście obchodzić na terenach Generalnej Guberni dla podkreślenia swego niezachwianego panowania na ziemiach polskich. Było to tym bardziej istotne, że „planowane skracanie frontu” w komunikatach Wehrmachtu ze Wschodu przybliżyło działania wojenne do tych ziem.

Na miejsce centralnych uroczystości wyznaczono Lwów. W ich przeddzień pan i władca Generalnej Guberni dr Hans Frank wygłosił w Krakowie okolicznościowe przemówienie do młodzieży niemieckiej. Nie zabrakło w nim stwierdzeń o panującym spokoju na polskich ziemiach. O bezpodstawności tego twierdzenia mógł się Frank przekonać osobiście już następnego dnia za Podłężem w Puszczy Niepołomickiej, kiedy pociąg wiozący gubernatora wraz ze świtą wyleciał w powietrze.

Zanim do tego doszło cofnijmy się o kilka dni. W połowie stycznia 1944 r. szef „Kedywu” dr Stefan Tarnawski – „Jarema” polecił oficerowi operacyjnemu „Powolnemu” rozpracowanie projektu wysadzenia pociągu na trasie kolejowej Kraków-Tarnów wraz z ewentualną zasadzką ogniową. Pierwsza część zadania tj. wysadzenie pociągu wymagała znalezienia na szlaku kolejowym odpowiedniego zakrętu, jako czynnika decydującego o powodzeniu akcji. Druga część zadania ograniczała poszukiwania do terenów zalesionych. Z pobieżnego przejrzenia map wynikało, że tym warunkom odpowiada teren Puszczy Niepołomickiej.

Ze względu na krótki termin rozpracowania zadania „Powolny” wraz ze „Spokojnym” osobiście przejeżdżają trasę upatrując właściwego miejsca. Są jednak trudności, bowiem trasa kolejowa do Tarnowa jest wyjątkowo prosta. „Powolny” decyduje się na wybór miejsca na odcinku toru przy zalewie wodnym w połowie drogi między Podłężem a Grodkowicami. Zalew stanowi dodatkowy atut przy organizacji zasadzki, natomiast brak krzywizny toru utrudnił zadanie. „Jarema” przedłożył szkic komendantowi Okręgu AK Józefowi Spychalskiemu -„Lutemu” i uzyskał jego akceptację. Postanowiono 29 stycznia wykoleić niemiecki pociąg pospieszny z urlopowiczami tzw. „Urlaubzug”.

Na kierownika akcji wyznaczono „Wąsacza”, zagadnieniami technicznymi zajął się „Powolny”. Udział w akcji oprócz pa-trolu minerskiego miała wziąć grupa uderzeniowa złożona z partyzantów oddziału „Błyskawica” i „Grom” w sile około 25 żołnierzy. Po wykolejeniu pociągu miano go ostrzelać a następnie wycofać się na południe w rejon Łapanowa. Dla zamaskowania tego manewru postanowiono pozorować odskok na północ przez spuszczenie na wodę dwóch łodzi w porcie rzecznym na Wiśle w Niepołomicach. Dla wzmocnienia siły ognia przewidywano dostarczenie z okręgu trzech ręcznych karabinów maszynowych i stu granatów.

Wszelkie przygotowania zależne od „Kedywu” zakończono 27 stycznia. Oddziały partyzanckie kwaterowały w Woli Batorskiej. Ładunek wybuchowy ze zgranulowanego trotylu, zapalnika elektrycznego i zapalarki przygotował „Powolny” i „Mars”. Zamelinowano go w mieszkaniu tego ostatniego w Wieliczce. Patrol minerski składał się z „Marsa”, „Spokojnego”, „Zawały” i „Wróbla”. Brak było natomiast broni obiecanej w okręgu. Dopiero rano 29 stycznia „Wąsacz” otrzymał rkm i trochę granatów. Wraz z „Powolnym” i „Wrakiem” dostarczono uzbrojenie do Wrząsowic k. Libertowa, gdzie złożono je na chłopską podwodę przygotowaną przez Gustawa Bielańskiego -„Gutka”. Zabrano także kilka karabinów i butelek z benzyną. Czwórka partyzantów udała się tam wozem przez Soboniowice, Wieliczkę, Przebieczany i Brzezie do kwaterujących oddziałów partyzanckich w Puszczy Niepołomickiej koło Cudowa. 5 km od wyznaczonego miejsca akcji.

O szóstej wieczorem przybywają „Mars”, „Spokojny”, „Koral”, „Zawała”, „Wróbel”, „Zemsta” i przyszły dowódca „Huraganu” Zbigniew Kwapień - „Kuba” skierowany na przeszkolenie do „Błyskawicy”. Przybyli są uzbrojeni tylko w krótką broń. Do nieprzyjemnej niespodzianki wynikającej z niedostarczenia w pełni obiecanego uzbrojenia dochodzi jeszcze druga przeszkoda. Wskutek silnej penetracji terenu przez niemieckie patrole oddziały partyzanckie docierają na miejsce zgrupowania dopiero około dwudziestej. W tej sytuacji „Wąsacz” i „Powolny” decydują o rezygnacji z ogniowej zasadzki. Do wykonania akcji pozostają: „Wąsacz”, „Powolny”, „Spokojny”, „Mars”, „Wróbel”, „Koral”, „Wrak”, „Zawała” i „Kruk”. Reszta odmaszerowuje w kierunku Łapanowa, a „Gutek” z nierozładowanym wozem wraca do Wrząsowic.

„Wąsacz” akceptuje proponowane przez „Powolnego” miejsce założenia miny od północnej strony toru ok. 40 m na zachód od wiaduktu nad drogą polną Brzezie-Niepołomice. Nastrój wśród uczestników akcji jest trochę minorowy, liczyli na większą „robotę”. Ubezpieczenie minerów od wschodu stanowią „Koral”, „Wróbel” i „Zemsta”, od zachodu „Wrak”, „Zawała”, i „Kruk”, który ma sygnalizować latarką nadejście pociągu od Krakowa. Zakładanie i maskowanie ładunku wybuchowego trzeba było dwukrotnie przerwać, raz po pojawieniu się patrolu niemieckiego, drugi raz ok. godz. 21.30 przy przejeździe lokomotywy z Bochni. Lokomotywa przejechała po nieprawidłowym prawym torze, wówczas bowiem obowiązywał ruch lewostronny. To i brak pospiesznego pociągu dla Polaków z Krakowa do Tarnowa utwierdził partyzantów, że już niedługo pojawi się pociąg specjalny.

Rzeczywiście przed godz. 22 partyzanci usłyszeli turkot pociągu jadącego z niedużą szybkością do Krakowa. Błysk latarki „Kruka” i za chwilę hasło „Spokojnego” - „Mars” naciska rączkę zapalarki. Przed lokomotywą wyrasta słup ognia, wy-kolejone wagony składają się w harmonijkę i staczają aż do pobliskiego wiaduktu. Wybuch zerwał siedmiometrowy odcinek szyn, zniszczeniu uległo 60 m torowiska i ok. 120 podkładów kolejowych. Wykoleił się parowóz, trzy następne wagony i wa-gon służbowy.

Zaszokowana, silna i doborowa ochrona pociągu szybko oprzytomniała i otwarła huraganowy ogień z broni maszynowej i działek ppanc. na przypuszczalne stanowiska zamachowców. Dziesiątki rakiet zamieniły noc w dzień. W tej scenerii „Kruk” i „Zemsta” odskakują do Niepołomic; „Koral”, „Mars”, „Wróbel”, „Wrak”, i „Zawała” do Wieliczki, a „Powolny”, „Spokojny” i wyczerpany grypą „Wąsacz” do Raciborska k. Wieliczki. Sześcioosobowy patrol terenowy placówki „Pomost” w Niepołomicach pod dowództwem Antoniego Rojowicza -„Brzozy” oddaje kilka strzałów w powietrze i spuszcza dwie łodzie na Wiśle. Akcja jest zakończona.

Jak się później okazało gubernator Frank wraz z najbliższymi współpracownikami podróżował w salonce nr 1006, w drugiej zaś o nr 1001 przebywał m. in. obergruppenführer Wilhelm Koppe. Był to pociąg specjalnej relacji Kraków-Lwów tzw. „Urlaubzug”, wypełniony uzbrojonymi żołnierzami powracającymi z urlopu na front wschodni. Z Krakowa wyjechał ok. godz. 22.45. W następnych dniach po wysadzeniu pociągu nastąpiły liczne aresztowania wśród otoczenia gubernatora Franka, bowiem jego wyjazd był otoczony najściślejszą tajemnicą.

Jak ustalił wywiad AK, w wysadzonym pociągu zostało ciężko rannych 18 osób (trzy osoby zmarły w drodze do szpitala) i 27 lekko rannych. 350 ludzi przez 18 godzin usuwało zniszczenia. W tym czasie 61 pociągów opóźniło się od 3 do 15 godzin. Przede wszystkim gubernator Frank na własnej skórze przekonał się jaki to spokój panuje na podległych mu terenach.

Z chwilą wysadzenia pociągu przez grupę dywersyjną „Kedywu” partyzanci znajdowali się w odległości 10 kilometrów od miejsca zasadzki. Odskoczyli forsownym marszem, by zdążyć jeszcze przed świtem na przygotowane uprzednio kwatery w Jaroszówce. Prawie wszystkie drogi w promieniu ok. 40 kilometrów od miejsca wysadzenia pociągu były już w tym czasie silnie penetrowane przez samochody z niemieckimi żołnierzami. Jak się później okazało, Niemcy o świcie 30 stycznia 1944 r. odnaleźli ślady wycofujących się partyzantów i dążyli ich tropem. Partyzanci pobłądzili myląc kierunek odskoku. „Roman” ze „Żmiją” zdecydowali zawrócić na drogę i podążać do miejscowości Nieznanowice i dalej do Wieńca. Na udeptanym śniegu drogi Niemcy zgubili ślad nie przypuszczając, że parę kilometrów dalej partyzanci schronili się na strychu jednego z domów w Jaroszówce. O 8.00 rano tegoż dnia dwa samochody z SS-manami zjechały do Niepołomic, gdyż stróże nocni zgłosili, że jakaś „banda” około północy przekraczała Wisłę i ukradła dwie łodzie. Niemieckie śledztwo nie dało żadnego rezultatu.

31 stycznia 1944 r. nastąpiło rozłączenie „Gromu” i „Błyskawicy”. 4 kb i kbk, 3 pistolety Parabellum i pistolet P-38 stanowiły w tym czasie uzbrojenie oddziału.

W następnym dniu oddział przeniósł się do Gdowa. „Żmija” nawiązał kontakt z dowództwem miejscowej placówki AK, a w wyniku przeprowadzonych rozmów otrzymał w darze 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki do nich. Na kwaterze „Żmija” dowiedział się, że z rozkazu „Kedywu” ma przesunąć oddział w rejon Igołomii. Maszerując tylko nocami partyzanci dotarli 5 lutego do wsi Tarnówka k. Niepołomic, gdzie zakwaterowali się na noc na skraju wsi obok wiślanych wałów. Następnej nocy przewodnicy z terenówki przeprawili oddział przez Wisłę i przekazali łączniczce dowództwa „Kedywu” Dorocie Girtler-Franaszkowej -„Stasi”. Zaprowadziła ona partyzantów na kwatery w Wawrzeńczycach. Do oddziału doszli: Stefan Jerski -„Sam” z nominacją na dowódcę, Józef Bieniasz -„Kat” i Eugeniusz Giebułtowski -„Paździerz”. Nowy dowódca był przedwojennym kapralem podchorążym saperów; przyniósł do oddziału pistolet belgijski FN-9 mm 14-to strzałowy, a „Paździerz” - parabelkę. „Kat” poprzednio należał do patrolu dywersyjnego, wywodzącego się z „Szarych Sze-regów”. Brał udział 2 stycznia 1944 r. w zamachu na znanego w Krakowie konfidenta Gestapo - Sławomira Mądralę, któ-rego tylko raniono. Po paru tygodniach dzięki troskliwej opiece wylizał się on z odniesionych ran i zachodziła obawa, że „Kat” zostanie rozpoznany przez niego na terenie Krakowa, stąd toż dowództwo „Kedywu” skierowało go do „Gromu”.

W marcu 1944 r. „Sam” otrzymał rozkaz udania się wraz z całym oddziałem do Krakowa. Miano doprowadzić do odbicia więźniów politycznych z aresztu przy ul. Czarnieckiego. Akcja ta miała być wykonana wspólnie z oddziałem dywersyjnym „Kedywu” podokręgu Rzeszowa, a dowodzić miał por. Zenon Sobota - „Świda”. „Grom” przebywał w różnych melinach w Krakowie, stale w ostrym pogotowiu. Nie wolno było opuszczać melin ani też pod żadnym pretekstem pokazywać się na ulicy. Do akcji nie doszło i 10 marca 1944 r. oddział przerzucony został do Cła, skąd już pod opieką „Stasi” przeszedł do punktu zbornego znajdującego się w restauracji należącej do ojca łączniczki - Michała Girtlera, członka AK, serdecznego przyjaciela partyzantów.

A oto jak wspomina o tym „Stasia”: „Była w tym dniu paskudna pogoda i przerażający ziąb, ale powierzone zadanie, przeprowadzenie „Jędrusiów”, napawało mnie dumą i dodatkowo trzęsło z emocji. Zgodnie bowiem z instrukcją otrzymaną od „Judasza” o umówionej godzinie stanęłam na moście. Kiedy okazało się, że nie zastałam tam „Judasza” ani oddziału, tysiące myśli tłukło mi się w głowie. Czy dobrze zrozumiałam instrukcje, czy to właśnie ta godzina, miejsce, data itd., itd. Uczucie ulgi ustąpiło, gdy usłyszałam umówiony gwizd - melodię znanej piosenki „Wojenko – wojenko”. Po chwili na szosę wyskoczył „Judasz” i stanowczo mi oświadczył: „Idziemy na odległość wzrokową, ja idę za tobą i o resztę się nie martw”. Dopiero teraz zauważyłam kilkunastu partyzantów ukrytych za przydrożnymi drzewami bocznej drogi. Zaczęło gwałtownie ściemniać się i na dodatek padać. Przyspieszyłam więc tempo marszu i już bez większych kłopotów zaprowadziłam oddział na punkt kontaktowy do restauracji w Igołomii ciesząc się ogromnie z dobrze wykonanego zadania”.

Na następny dzień oddział przeszedł do Złotnik. Z dowództwa ,,Kedywu” przybył cichociemny ppor. Henryk Januszkiewicz -„Spokojny”, który przeprowadził intensywne szkolenie partyzantów oraz zapoznał ich z zasadami instynktownego strzelania i chwytami dżiu-dżitsu. Dla partyzantów były to rzeczy nowe. Ich znajomość narzucał nowy system walki z wrogiem.

Na kwaterę w Złotnikach „Judasz” przywiózł zakupione za zaoszczędzone pieniądze z żołdu 2 pistolety maszynowe MP i po 2 magazynki do nich oraz z dowództwa „Kedywu” 30 granatów konspiracyjnej produkcji (czerepy z 1939 r. i w konspiracji wykonane zapalniki).

Ze Złotnik oddział przeniósł się do Brzeska Nowego i zakwaterował u Twardego -„Rudka”. W czasie pobytu w tej miejscowości dużą pomoc partyzantom okazała miejscowa „terenówka”, a szczególnie dr Kowal -„Kolba”, „Sokół”, „Jeleń” (nazwiska nieznane) oraz właścicielka sklepu spożywczego Cęckiewiczowa.

21 marca oddział kolejny raz zmienił zakwaterowanie i przeniósł się do miejscowości Hebdów kwaterując w niedużej chałupce nad samą Wisłą.

27 marca dowódca ponownie otrzymał rozkaz udania się do Krakowa dla wzięcia udziału w akcji oznaczonej kryptonimem „Luty”. „Sam” zarządził pogotowie bojowe i przy pomocy samochodu ciężarowego, prowadzonego przez „Blondyna” z terenówki, oddział został przerzucony 28 marca 1944 r. do Krakowa i rozlokowany w zakonspirowanych melinach. Tak sarno jak za poprzednim pobytem nie wolno było nikomu ach opuszczać i jeszcze bardziej zaostrzono dyscyplinę. Okazało się, że 24 marca Gestapo aresztowało w kamienicy przy ul. Dietla 32 płk. „Lutego” - Komendanta Okręgu Krakowskiego AK, a wraz z nim jeszcze kilku oficerów sztabu.

Po aresztowaniu „Lutego”, obowiązki komendanta Okręgu Krakowskiego AK objął ppłk. Wojciech Wajda -„Odwet”. Decyzja w sprawie akcji mającej na celu odbicie płk. „Lutego” zapadła na szczeblu Kom. Gł. AK. Na dowódcę akcji wyznaczono por. „Świdę” - szefa rzeszowskiego podokręgu „Kedywu” który z polecenia „Jaremy” (dowódca krakowskiego „Kedywu”) miał dokonać odbicia więźniów z aresztu przy ul. Czarnieckiego. W żmudnych i trudnych przygotowaniach wzięło udział wielu ludzi ze zgrupowania krakowskiego „Żelbetu”, a z „Kedywu” krakowskiego zaangażowano kpt. „Skałę”, por. „Powolnego”, ppor. „Hańczę”, ppor. „Raka”, ppor. „Czesława” oraz dwa oddziały partyzanckie: „Grom” i „Błyskawica”. Z terenu podokręgu rzeszowskiego por. „Świda” ściągnął oddział dywersyjny pod dowództwem pchor. Stanisława Panka -„Gila”, swojego zastępcę cichociemnego ppor. Władysława Mićka -„Mazepę” i adiutanta podchorążego Stanisława Kostkę -„Dąbrowę”.

Powołano również sztab akcji „Luty”, który z miejsca przystąpił do pracy. Opracowano wiele wariantów, lecz brak zgody KG AK ze względu na spodziewane represje mieszkańców Krakowa po akcji, nie pozwolił na realizację żadnego z nich. Utrzymywanie w stałym pogotowiu wielu oddziałów na terenie miasta przez dłuższy czas było także ryzykowne. Tak więc po pewnym czasie odwołano stan alarmowy w oddziałach partyzanckich „Grom” i „Błyskawica” i polecono im wrócić z powrotem do lasu.

Zanim jednak „Grom” wrócił do lasu „Sam” postanowił dozbroić oddział i zorganizować w tym celu kilka akcji na terenie Krakowa. I tak: patrol w składzie: „Judasz”, „Orlik”, „Leśnik” i „Mały” rozbroili kpt. SS na ul. Kopernika zabierając mu pistolet FN-7,65 (jak się później okazało miał on uszkodzoną iglicę) patrol w składzie „Kat” i „Błysk” rozbroili podoficera niemieckiego w Cichym Kąciku, zabierając mu pistolet Parabellum. Za parę dni „Orlik” i „Leśnik” obezwładnili oficera niemieckiego na Azorach, zabierając mu pistolet Walther wraz z kaburą. Następną była akcja na niemiecki sklep z papierem przy ul. św. Marka. Tu patrol w składzie „Judasz”, „Leśnik”, „Orlik”, „Mały”, „Kat” i „Ryś” zarekwirowali 3 maszyny do pisania i powielacz, a „Judasz” dodatkowo jeszcze zarekwirował żonie właściciela sklepu złote kolczyki i inne wartościowe przedmioty, wystawiając zaświadczenie ze stemplem „Armia Krajowa O.P. Grom” z uwagą, że kosztowności te przeznaczone zostaną na dozbrojenie oddziału. Jeszcze lepiej powiodło się w niemieckim sklepie z artykułami żelaznymi przy ul. Stradom (róg, al. Dietla). Patrol w składzie „Kat”, „Błysk”, „Ryś”, „Orlik” zabrali bez żadnego oporu całodzienny utarg i dodatkowo na drugi dzień wyznaczony okup w wysokości 10 tys. zł, który właściciel sklepu wręczył „Orlikowi” na ul. Franciszkańskiej obok siedziby niemieckiej policji. Niemiec ten również otrzymał pokwitowanie odbioru pieniędzy z pieczątką - „O.P. Grom”. Jeszcze przed samym wyjściem oddziału z Krakowa patrol w składzie: „Orlik”, „Leśnik” i „Mały” wzbogacił się o pistolet Parabellum rozbrajając na ul. Grzegórzeckiej żołnierza Wehrmachtu. Nic więc dziwnego, że wymieniona trójka ciesząc się z udanej akcji i żywo ją komentując zapomniała, że było już po godzinie policyjnej, a do meliny przy ul. Gęsiej mieli jeszcze kawał drogi. Przyspieszyli kroku, ale daleko jednak nie uszli, bowiem niespodziewanie ukazali się dwaj granatowi policjanci.

- Zatrzymają nas czy też nie - zapytał szeptem „Leśnik”.

- Za chwilę będziesz miał okazję osobiście się przekonać - odparł „Orlik” - „granatowi” bowiem wyraźnie skierowali kroki w ich kierunku. - Stój! - pada energiczna komenda. - Panowie mają przepustki?

- Tak jest - odparł posłusznie „Orlik”.

- Proszę okazać!

Najwyższy wzrostem z zatrzymanej trójki „Leśnik” wyjmuje zza pasa pistolet i kierując go w stronę „granatowych” spokojnie odpowiada:

- Proszę, oto przepustka. Czy panowie mają życzenie zapoznać się bliżej z danymi?

Na widok wycelowanego pistoletu policjantom zrzedła mina i na moment zapomnieli „języka w gębie”. „Orlik” szybko doskoczył do nich i zabrał pas z kaburą i pistoletem (tylko jeden z nich był uzbrojony).

- A teraz w tył zwrot i odmarsz, tylko bez żadnych kawałów - wycedził przez zęby „Leśnik”.

Co sobie pomyśleli o tym nieoczekiwanym spotkaniu, trudno przypuszczać, a nawet prawdę mówiąc nikt nie był ciekaw, bo ostatecznie zatrzymana trójka partyzantów, ciesząc się z dodatkowo zdobytej broni, już bez dalszych przygód dotarła szczęśliwie na melinę.

Oddział przebywając na terenie Krakowa w związku z akcją „Luty” powiększył się o dalszych pięciu partyzantów. Na melinę przy ul. Bonerowskiej 6 przybyli do oddziału: Bolesław Fiszer -„Bolek”, autor niniejszych wspomnień Włodzimierz Rozrnus -„Buńko”, Jan Fiszer - „Łęczyc”, Bolesław Gąsiorek - „Ponury”, Zdzisław Jabłoński - „Szczupak”. Byliśmy przeważnie młodymi ludźmi, którzy na skutek „spalenia” na terenie Krakowa zostali skierowani przez dowództwo „Kedywu” do oddziału.

Dzisiaj po przeszło czterdziestu latach od tamtych wydarzeń lakoniczne stwierdzenie, że na skutek „spalenia” na terenie Krakowa zostaliśmy skierowani do lasu, w zasadzie nic w sobie nie zawiera. Ot, po prostu, zostali skierowani do lasu. Wtedy natomiast, za każdym takim skierowaniem kryła się osobista tragedia i głębokie przeżycie. Gestapo bowiem stale węszyło i „deptało po piętach” członkom podziemnych organizacji. Jeśli nie wpadło na trop poszukiwanego to mściło się na rodzinie. Tak właśnie było w moim przypadku. Działając w patrolu dywersyjnym na terenie parowozowni przy ul. Bosackiej w Krakowie, dokonywałem znacznych sabotaży kolejowych. Po przeszło półrocznej działalności na terenie parowozowni Gestapo wpadło na nasz trop i aresztowało dowódcę grupy Jana Szywałę -„Czarnego” (był on umieszczony na tzw. „liście śmierci” i został rozstrzelany w maju 1944 r. przy ul. Botanicznej w Krakowie). Mnie natomiast udało się w ostatniej chwili zbiec. Gestapo w odwecie za ucieczkę wpadło w nocy do mieszkania przy ul. Topolowej 6, aresztowało rodziców i wywiozło na ul. Pomorską 2, a następnie do więzienia przy ul. Montelupich. Po serii bolesnych przesłuchań Matka została wywieziona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, a Ojciec do Gross-Rosen, gdzie zaraz po przybyciu został rozstrzelany. Ja natomiast, jak już na początku wspomniałem, zostałem skierowany przez dowództwo do „Gromu”.

Ostatnią akcją jaką oddział przeprowadził w Krakowie był skok na Bank Spółek Rolnych przy ul. Szpitalnej. „Sam” wyznaczył patrol w składzie: „Łęczyc”, „Bolek”, „Orlik” i jako dowódcę „Judasza”. Wtargnęli oni do banku zaraz po jego otwarciu i opanowali poszczególne pomieszczenia, odłączyli uprzednio wskazaną im przez pracowników banku (zakonspirowanego żołnierza AK), instalację alarmową i czekali na przybycie najważniejszej osoby kasjera. Obsada banku składała się z polskich pracowników i dlatego nie było większych kłopotów z nawiązaniem kontaktu. „Judasz” 'wytłumaczył, że są partyzantami AK, a zdobyte pieniądze przeznaczone zostaną na zakup broni. Do rozmowy włączył się nieopatrznie „Łęczyc”, odchodząc od drzwi wejściowych, które miał pilnować. W tym właśnie czasie wszedł kasjer i widząc siedzących pod ścianą urzędników zorientował się, że coś tu nie jest w porządku. Błyskawicznie wybiegł na ulicę wydzierając się, że „bandyci” opanowali bank. „Judasz” dał sygnał do odwrotu. Po paru zaledwie minutach nadjechała niemiecka policja, która na podstawie przesłuchań personelu stwierdziła, że nie byli to „bandyci”, lecz autentyczni partyzanci. Po tych „występach” na terenie Krakowa, część oddziału odpłynęła wiślanym statkiem 21 kwietnia 1944 r. do Nowego Brzeska, a po przejściu około 6 kilometrów wzdłuż Wisły zakwaterowała w miejscowości Hebdów u „Wira” -członka Batalionów Chłopskich. Natomiast druga część oddziału, która melinowała przy ul. Bonerowskiej 6 w pokoju na parterze, wyjechała dopiero 30 kwietnia. Ostatnia noc przed opuszczeniem Krakowa o mało co nie skończyła się przypadkowym starciem z Niemcami. Na tej melinie przebywali „Judasz”, „Bolek”, „Ponury”, „Łęczyc” i ja. Przezorny jak zwykle „Judasz” wydał jeszcze przed spa-niem krótką broń. Kiedy położyliśmy się, aby odpocząć przed jutrzejszą wyprawą, około północy poderwał nas na równe no-gi pisk hamującego samochodu, a za chwilę odgłosy niemieckiej mowy. Działo się to wszystko dosłownie naprzeciw pokoju, w którym przebywaliśmy. „Judasz” natychmiast zarządził cichy alarm i po zorientowaniu się w sytuacji dodał, że w przypadku ataku obrzucamy ich granatami i robimy odskok przez pobliski nasyp kolejowy w kierunku Grzegórzek i dalej na Dąbie i nad Wisłę. Pewne odprężenie nastąpiło, gdy wśród niemieckich krzyków usłyszeli również głosy kobiece. Oddalały się one w kierunku kamienicy po przeciwnej stronie ulicy.

Na następny dzień cała grupa udała się na przystań wiślaną i stąd odpłynęła statkiem wraz z naszą bronią do Nowego Brzeska. Zakwaterowaliśmy u „Rudka" z terenówki. Przed opuszczeniem statku „Judasz" zarządził jeszcze zarekwirowanie całego utargu na statku. Odbyło się to bez żadnych trudności, bowiem nasz dowódca oświadczył kapitanowi statku, że jesteśmy polskimi partyzantami i otrzyma pokwitowanie odbioru z pieczątką „O.P. Grom”.

Pierwsza grupa oddziału pod dowództwem „Sama” przeniosła się z kwater w Hebdowie do Bobina, gdzie czekał już łącznik z placówki terenowej, oznaczonej kryptonimem „Drozd” podchor. Adolf Gołębiowski -„Sokół”. Miał on przeprowadzić „Grom” do Nowego Bieglowa. Jakież było jego zdziwienie, gdy wśród partyzanckiej braci rozpoznał kolegę z ławy szkolnej -„Orlika”. W domu rodziców „Sokoła” znajdował się punkt kontaktowy i przerzutowy dla partyzantów „Gromu” i „Błyskawicy” powracających z Krakowa. Była to rodzina na wskroś polska pomagająca wszystkim partyzantom, którzy mieli okazję gościć w ich domu.

W Bieglowie 10 maja dogoniła oddział nasza grupa pod dowództwem „Judasza”, która przyniosła „załatwione” przez niego w dowództwie „Kedywu”: 8 kb i kbk, 3 pistolety Walther, Parabellum i Vis, 10 granatów zaczepnych polskich z 1939 r. oraz ponad 2 tysiące sztuk pocisków do kb.

W Bieglowie do oddziału doszli dalsi partyzanci skierowani przez dowództwo „Kedywu”. Byli to: Jan Tryszczała - „Batko", Jerzy Baster - „Gala”, Czesław Ciepiela -„Karp”, Tadeusz Janiak -„Kropka”, NN - „Mściciel”, Jan Kałucki -„Zając”, NN -„Zemsta”. W tym czasie stan oddziału wynosił 23 partyzantów. Zastępcą dowódcy oddziału został kpr. podch. rez. artylerii „Karp”. Uzbrojenie było następujące: 12 kb i kbk, 2 pistolety maszynowe MP i po 2 magazynki do nich, 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki, l pistolet 14-to strzałowy, 11 pistoletów (Parabellum, Walther, Vis, FN-7,65), 40 granatów. Umundurowanie oddziału było w zasadzie jednolite. Dzięki zapobiegliwości „Judasza” każdy partyzant „Gromu” ubrany był w zielone spodnie i bluzę-wiatrówkę z kapturem, szyte z nieprzemakalnych celt namiotowych. Wiatrówkę wpuszczało się do spodni. Zamiast guzików z przodu miała sznurowania, a na lewym rękawie odznakę na biało-czerwonym trójkątnym emblemacie: zielona sosna i napis „O.P. Grom”. Spodnie dołem były spięte spinaczami. Pas wojskowy skórzany, buty wojskowe włoskie z podwójnym noskiem i furażerka z orłem dopełniały umundurowania. Zaopatrzenie w żywność dostarczane było przez punkty organizacyjne terenówki tzw. K.O.S. (Komitet Opieki Społecznej) i uzupełniane w niemieckich liegenschaftach.

Na terenie powiatu miechowskiego oddział znalazł się po raz pierwszy. Miejscowa ludność i terenówka ostrzegła dowódcę, że ze względu na liczne niemieckie „Stützpunkty” i gęsto kręcące się w okolicy grupy „bandziorów”, niejednokrotnie podające się za partyzantów, należy zachować dużą ostrożność. Grupy te składały się najczęściej z 2-4 ludzi uzbrojonych w karabiny ze ściętą lufą, zwane popularnie „urzynami”. Były one postrachem okolicznych wsi, a szczególnie zamożniejszych gospodarzy. Napadali nocą, grabiąc skrzętnie przechowywany dobytek i wartościowe przedmioty. W przypadku nieznalezienia lub odmowy wydania pieniędzy katowano ofiarę do nieprzytomności oraz poddawano przeróżnym torturom. Ukazanie się dobrze wyszkolonego oddziału partyzanckiego miejscowa ludność przyjęła z ulgą i dużą radością. Często bowiem patrole wysyłane nocą do odległych wsi pozwoliły uwolnić ten teren od zmory bandytyzmu. A że był to problem dużej wagi może świadczyć fakt, że już 16 września 1943 r. Komendant Główny AK wydał rozkaz podległym sobie oddziałom mówiący o zwalczaniu bandytyzmu na ziemiach polskich.

Na tego rodzaju akcję oddział nie czekał długo, bowiem już 12 maja 1944 r. dowódca otrzymał zadanie z terenówki zlikwidowania „bandziorów”, którzy sterroryzowali służbę leśną i jak popadnie wycinają drzewa sprzedając je po wygórowanych cenach przygodnym gospodarzom w Sypowie. Zarządzono alarm i „Sam” na czele patrolu w składzie „Leśnik”, „Orlik”, „Karp”, udał się natychmiast w teren w przebraniu chłopskim z ukrytą bronią maszynową i krótką. Reszta oddziału pod dowództwem „Żmii” udała się lasem w stronę Sypowa - od tyłu dla odcięcia odwrotu bandytom. Ukazanie się patrolu w miejscu, gdzie urzędowały „bandziory” wzbudziło ich niepokój. Natychmiast bez uprzedzenia otworzyli ogień z „urzynów” i zaczęli wycofywać się w stronę lasu, korzystając z popłochu i ogólnego rozgardiaszu. Około 250 furmanek zaczęło nagle rozjeżdżać się na wszystkie strony, co wprost uniemożliwiło dalsze działanie patrolu. Reszta oddziału pod dowództwem „Żmii” w momencie oddania pierwszych strzałów znajdowała się jeszcze w odległości 2 km od miejsca akcji. Po jej przybyciu okazało się, że „bandziory” ulotnili się w niewiadomym kierunku. Następnego dnia kiedy to „Grom” kwaterował jeszcze w Nowym Bieglowie, ukazał się w godzinach popołudniowych silny oddział niemiecki na koniach. Było ich ponad 60-ciu. „Sam” zarządził alarm i natychmiastowe zajęcie stanowisk. Przewaga wroga była przygniatająca, dlatego „Sam” ostrzegł, że ogień może być otwarty tylko na jego rozkaz. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w przypadku wywiązania się nierównej walki możemy ponieść duże straty. Dlatego „Sam” z niecierpliwością oczekiwał odjazdu Niemców. A kiedy to nastąpiło, w obawie by czasem w drodze powrotnej znów nie zahaczyli o Bieglów, zarządził natychmiastową zmianę kwater. 13 maja 1944 r. wyruszyliśmy na Kopanine koło Grodziska w Stradowie.

Na tej kwaterze „Grom” spotkał się z przybyłą z Podhala „Błyskawicą”, która przebywała wówczas w Stradowie. Na kwaterę na Kopanine przybyła delegacja miejscowej ludności, aby złożyć partyzantom podziękowanie za uwolnienie terenu z grasujących band.

Na Kopaninie do „Gromu” przybyło dwóch nowych partyzantów: Kazimierz Stelmach -„Cień” przysłany z „Kedywu” i Zbigniew Basiński -„Czort”, którego przyprowadził dowódca. Zdezerterował natomiast NN -„Zemsta”. „Cień” nie należał do żadnej organizacji. Ukrywał się od początku wojny przed Niemcami z uwagi na żydowskie pochodzenie. W oddziale dał się poznać jako odważny partyzant i dobry kolega. „Czort” pracował w Liegenschafcie Sielec. Znał doskonale teren, dzięki czemu rozpracował kilka akcji na majątki niemieckie i na magazyn broni w Skalbmierzu.

W trzeciej dekadzie maja „Grom” wspólnie z „Błyskawicą” przeszedł szkolenie dywersyjne i minerskie. Prowadzili je cichociemni: „Powolny” i „Spokojny”. Po ich wyjeździe „Sam” postanowił zdobyć rozpracowany przez „Czorta” magazyn broni w Skalbmierzu. Dzień akcji wyznaczono na 31 maja. Postanowiono, że patrol w składzie „Czort”, „Leśnik”, „Orlik” pod dowództwem „Sama” wyruszy pod wieczór z zadaniem zlikwidowania po cichu niemieckich wartowników, a pozostała część oddziału pod dowództwem „Karpia”, wedrze się do środka celem zdobycia broni. Ubezpieczenie niemieckie tym razem nie dało się zaskoczyć. Któryś z partyzantów uderzył przypadkowo automatem w jakiś metalowy przedmiot płosząc wartownika. Posypały się strzały. Niemcy ogłosili alarm w całej okolicy. Strzelanina stawała się coraz większa i zrobiło się widno jak w dzień. To Niemcy zaczęli oświetlać rakietami cały teren. Nie było innej rady, jak tylko wycofać się skokami z pola rażenia pociskami, wykorzystując każdy moment wygaśnięcia rakiety. A kiedy oddział odskoczył w bezpieczne miejsce i opadły emocje walki dał się odczuć niesamowity smród łajna krowiego. Okazało się, że łąka, po której wycofywaliśmy się, normalnie służyła za pastwisko i w momencie wystrzelania przez Niemców rakiety każdy padał gdzie stał. Łajna było co nie miara, stąd ten smród. Nie było innej rady jak pomaszerować do najbliższych stawów budziszowskich i zmyć nieczystości oraz wyprać mundury.

2 czerwca wywiad terenówki doniósł dowódcy, że w następnym dniu Niemcy mają przewozić z Czarnocina produkty żywnościowe zabrane w ramach obowiązkowych kontyngentów. Trafiła się dobra okazja, więc po krótkiej naradzie postanowiono przygotować zasadzkę na drodze między Czamocinem a Ciuślicami. Po rozpoznaniu terenu i uzyskaniu dodatkowych informacji odnośnie dnia i godziny przejazdu samochodu, wyruszył z samego rana silny patrol w składzie: „Błysk”, „Kat”, „Łęczyc”, „Ponury”, „Ryś”, „Szczupak”, „Zbójnik” pod dowództwem „Żmii”. Wyznaczono - ubranych w mundur organizacji „Todt” - „Błyska” i „Zbójnika” do zatrzymania samochodu. Po bardzo długim oczekiwaniu, bo dopiero około godz. 13.30 dał się słyszeć warkot samochodu, a po chwili ukazała się rozklekotana ciężarówka na cywilnych numerach rejestracyjnych. Chwila konsternacji, czy to właśnie ten samochód, na który przygotowano zasadzkę? Na wszelki wypadek „Błysk” wychodzi na drogę i podniesioną ręką daje znak do zatrzymania samochodu, następnie udając Niemca żąda dokumentów, a „Zbójnik” tymczasem sprawdza kto jest na skrzyni pod plandeką. Po przekonaniu się, że jedzie tylko trzech Polaków - konwojentów, krzyczy: Wychodzić z krzaków i brać się do roboty! Na uprzednio przygotowana podwodę konną załadowano 6 beczek masła, 5 beczek śmietany i ponad 1000 szt. jaj.

8 czerwca wysłano następny patrol w ramach dezorganizacji zaplecza niemieckiego do „zrobienia” Liegenschaftu, położonego około 3 km za Działoszycami. Wysłano silny patrol dwoma podwodami pod dowództwem „Karpia”. W jego skład wchodzili: „Błysk”, „Cień”, „Gala”, „Kropka”, „Mały”, „Mściciel”, „Ryś”, „Zając”, „Żmija” i ja - autor tych wspomnień. Trzeba było przejechać koło samych Działoszyc, gdzie przebywała w tym czasie dość silna załoga niemiecka. Rządca Liegenschaftu według posiadanych informacji był Niemcem i do tego niezbyt przychylnie ustosunkowany do Polaków. Miał on telefoniczne połączenie z Działoszycami. Przed samym Liegenschaftem „Karp” polecił wysiąść z wozów i dalszą drogę przebyć niepostrzeżenie wśród obowiązującej ciszy. Należało jeszcze przeciąć na słupie druty telefoniczne. „Zając” przy pomocy kolegów wdrapał się na słup telegraficzny i z braku odpowiednich narzędzi postanowił przy pomocy bagnetu okręcić druty i tym sposobem zerwać je.

„Karp” ciągle przynaglał i przypominał o bezwzględnej ciszy. „Zającowi” jednak coś nie wyszło, bo dał się słyszeć, chyba nawet w samych Działoszycach, charakterystyczny dźwięk uderzających o siebie drutów, potęgujący się jeszcze w nocnej ciszy. „Karp” nakazał natychmiast przerwać robotę. Odczekał chwilę i po sprawdzeniu, że się w okolicy nic nie dzieje, postanowił podejść z patrolem pod sam Liegenschaft i niespodziewanym wypadem zaskoczyć obsługę tak, by nie dopuścić do użycia telefonu. Zaczęły jednak ujadać psy wyczuwające kogoś obcego. „Zającowi” udało się dopaść stróża nocnego, który jak tylko dowiedział się, że są to partyzanci pootwierał pomieszczenia i wskazał pokój zarządcy. „Zając” rozbił szybę i wezwał rozpartego w fotelu Niemca do podniesienia rąk. Pozostali partyzanci wskoczyli do środka i uszkodzili telefon. „Karp” za znęcanie się nad Polakami skazał zarządcę na karę chłosty. Zarekwirowaliśmy wieprzka, mąkę, kaszę i inne produkty żywnościowe. Trochę żywności i dwa wieprzki zostawiono polskiej obsłudze, potwierdzając to zaświadczeniem z pieczątką „O.P. Grom”.

Za zgodą dowództwa 8 czerwca opuścił oddział „Paździerz” i został przeniesiony do patrolu dywersyjnego w Krakowie.

10 czerwca 1944 r. „Grom” bierze udział w akcji ochrony konwoju, który chronił polskich wysiedleńców z Zamojszczyzny. Akcję tę na prośbę miejscowego wójta organizowała „Błyskawica”, natomiast zadaniem „Gromu” było przecinanie drogi konwoju przez dwuosobowe patrole. Robiły one wrażenie dużej liczebności partyzantów. Fortel udał się znakomicie, toteż nic dziwnego, że już w nocy z 14 na 15 czerwca łącznik z terenówki powiadomił „Żmiję”, („Sam” i „Karp” przebywali na odprawie), że około 4 tysięcy Niemców wyjeżdża rano na obławę w lasy chroberskie. Zarządzono natychmiast alarm. „Żmija” wysłał „Kata” i mnie jako pełniących tej nocy służbę do „Błyskawicy” kwaterującej w Zagajach Stradowskich z zadaniem zawiadomienia o obławie i uzgodnieniu spotkania obu oddziałów w ciągu godziny w wąwozie koło Grodziska.

Deszcz tej nocy lał niemiłosiernie. Przemoknięci do cna, wśród egipskich ciemności dotarliśmy do „Błyskawicy” i po ogłoszeniu alarmu w tym oddziale natychmiast wyruszyliśmy na spotkanie z „Gromem”. Dochodziła już godzina pierwsza w nocy. Wszyscy czekamy przemoknięci do ostatniej nitki na decyzję „Żmii” i „Błyskawicznego”, który zastępował „Romana”. Dowódcy zdecydowali odskoczyć jak najdalej od lasów chroberskich, właśnie w kierunku, z którego spodziewano się Niemców. Mokrzy i ubłoceni maszerujemy gęsiego, najczęściej na przełaj przez pola i docieramy wreszcie przed samym świtem do Opatkowiczek. Zalegliśmy w dość obszernej zagrodzie w domu na strychu. Nikt nie miał suchej nitki na sobie. Na domiar złego obowiązywał kategoryczny rozkaz zakazujący rozbierania się i opuszczania ciasnego i bardzo zimnego strychu. Jedynie wartownik przebrany w chłopską kapotę z pistoletem maszynowym pod nią i widłami w ręku kręcił się po podwórku bacznie obserwując okolicę. Rano około godz. 5.00 partyzanci ze strychu zauważyli ciągnące się kolumny niemieckiego wojska i policji w kierunku lasów chroberskich. Wieczorem po przeczesaniu terenu, na którym mieli znajdować się partyzanci, wracali nikogo nie znajdując i nie wiedząc, że znajdujemy się tuż obok nich. Tak to 50 polskich partyzantów wiązało około 4 tysiące żołnierzy niemieckich tak bardzo potrzebnych na innych frontach. Według niemieckich danych lasy chroberskie oznaczone były na mapach jako teren szczególnie niebezpieczny ze względu na przebywających tam „polskich bandytów”.

Wraz z „Łęczycem” i „Ponurym” udaliśmy się z Opatkowic na trzy dni do Krakowa, by złożyć egzaminy z ukończonej jeszcze przed skierowaniem do oddziału Szkoły Podchorążych. Zaraz po pomyślnym zdaniu egzaminów i nadaniu nam stopni kaprali podchorążych wróciliśmy z powrotem utartym już szlakiem na wiślanym statku do Nowego Brzeska. W drodze napotkaliśmy nieoczekiwanie „Judasza”, który od paru dni przebywał służbowo w Krakowie.

Przed przystanią w Brzesku „Judasz” zaproponował zarekwirować kasę na statku. Trzeba zaznaczyć, że pływające stat-ki były w czasie wojny pod zarządem niemieckim, a wpływy szły dla Niemców. Po uzgodnieniu planu działania „Judasz” i „Łęczyc” weszli do kabiny kapitana d zażądali wydania gotówki. „Ponury” i ja pozostaliśmy w pobliżu ubezpieczając akcję. Kapitan wezwał kasjera i polecił wydać partyzantom pieniądze. Nie były to wprawdzie duże kwoty, ale takie akcje powodowały ciągłe zagrożenie dla Niemców i jednocześnie podnosiły na duchu rodaków.

W międzyczasie z 21 na 22 czerwca oddział zmienił kwaterę i przeniósł się z Opatkowiczek z powrotem w rejon lasów chroberskich do Zagai Dębiańskich. Tam też przybył dowódca krakowskiego „Kedywu” kpt. „Skała”, a wraz z nim kpt. „Powolny”, por. „Spokojny”, podchor. „Zawała” i podchor. „Wilk”. Wraz z ich przyjazdem nastąpiła radykalna zmiana w trybie codziennych zajęć. Oddział przeszedł raz jeszcze gruntowne przeszkolenie dywersyjne. Zapoznano partyzantów teoretycznie i praktycznie z arkanami minerki, powtórzono chwyty dżiu-dżitsu i przetrenowano instynktowne strzelanie. Jednym słowem partyzanci dostali tak w kość przez blisko dwa tygodnie zajęć, że długo pamiętali pobyt gości w oddziale. Szaleństwo to polegało na przyswojeniu metod walki nieotwartej, pozwalającej uzyskiwać duże efekty przy zastosowaniu małych sił. Szkolenie prowadzili skoczkowie spadochronowi zwani cichociemnymi „Powolny” i „Spokojny”, a praktyczne zajęcia z minerki organizowali „Zawała” i „Wilk”. Zajęcia miały między innymi wyrobić u partyzantów przeświadczenie, że mała grupa odpowiednio przeszkolonych partyzantów może sobie poradzić z regularnym wojskiem. Prócz tego uczono partyzantów posługiwania się wszelką dostępną bronią, cichego likwidowania wartowników, niepostrzeżonych wejść do obiektów strzeżonych i tuneli kolejowych. Całość uzupełniały ćwiczenia w wychodzeniu na piętra bez drabiny, skakanie z dużych wysokości, przejścia po linie nad przepaścią, pokonywanie wysokich płotów, rzucanie do celu nożem oraz codzienny bieg szturmowy na odległość dwóch kilometrów.

Następnym bardzo ważnym elementem szkolenia było tzw. instynktowne strzelanie. Polegało ono na tym, że strzelało się z pistoletu noszonego za paskiem spodni. Po wyszarpnięciu jednocześnie wprowadzało się pocisk do lufy i nie celując oddawało się błyskawicznie po dwa strzały w stronę przeciwnika.

Po zakończeniu szkolenia w oddziale pozostał Witold Leśniak -„Wilk". Opuścił natomiast nas „Bolek”, przeniesiony na własną prośbę do oddziału partyzanckiego „Huragan”. Do „Gromu” zameldował się Edward Słówko -„Sokół” przeniesiony z oddziału „Skok” oraz Edward Nowacki -„Soroka” z patrolu dywersyjnego z Krakowa. „Sokół” przyniósł ze sobą pistolet Mauser z drewnianą kaburą służącą jednocześnie jako kolba.

8 lipca 1944 r. patrol „Gromu” w składzie „Ryś”, „Łęczyc”, „Szczupak”, „Kropka” i autor tych wspomnień przyjął ucieka-jącego Zbigniewa „Grocholskiego (prawdziwe nazwisko Zbigniew Gertych). Zatrzymano go w tym dniu w czasie łapanki na stacji kolejowej w Kocmyrzowie. Pochodził on z Poznania i po wysiedleniu z Wielkopolski przez Niemców, ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem w Budziszowicach. Na pytanie, co robi na stacji odpowiedział, że handluje skórami. Nie chciał narażać właściciela majątku w tej miejscowości Włodzimierza Dobrzańskiego i swojej narzeczonej.

- Skąd jesteś? - pada pytanie gestapowca.

- Z Budziszowic.

- No to jedziemy i sprawdzamy.

Po przyjeździe do Budziszowic „Grocholski” wyparł się wszystkiego oświadczając, że znalezione przy nim zaświadczenie pracy w Budziszowicach jest lewe.

- Czy zna pan tego człowieka? - zapytał gestapowiec właściciela majątku Dobrzańskiego.

Ten zgodnie z danym znakiem przez zatrzymanego, również zaprzeczył. Inni domownicy łącznie z narzeczoną oświadczyli to samo.

Rozwścieczeni gestapowcy wypędzili wszystkich przed dom, „Grocholskiego” osobno wyprowadzono do starego parku otaczającego dwór.

- Masz tu łopatę i kop sobie grób, abyśmy nie mieli kłopotu z tobą - rzekł rosły gestapowiec.

Domownicy patrzyli z dala, przejęci do głębi na to co za chwilę nieuchronnie nastąpi. „Grocholski” zaczął się modlić. To dało mu chwilowe odprężenie i czas do namysłu.

- Tak czy inaczej zaraz mnie zastrzelą - pomyślał - muszę podjąć szybką decyzję jeszcze przed wykopaniem grobu.

Nadeszła chwila, gdy Niemiec odwrócił się, a w tym momencie „Grocholski” zawinął łopatą i rąbnął w łeb gestapowca. Momentalnie odskoczył i puścił się pędem wykorzystując naturalną przeszkodę jaką stanowiły stare dworskie drzewa w parku. Gestapowiec szybko oprzytomniał i puścił za nim kilka serii, na szczęście niecelnych. „Grocholski” natomiast w pełnym biegu wydostał się z parku na pole i wśród nieściętego jeszcze zboża pędził w stronę lasów chroberskich. Trzech Niemców widząc, że „Grocholski” im umknie, wskoczyło do samochodu i ruszyli w pogoń nie przypuszczając, że za chwilę wpadną w zasadzkę, którą zorganizowała „Błyskawica”. Fortuna kołem się toczy. Ci, którzy przed chwilą chcieli zgładzić niewinnego człowieka, już nie będą mieli okazji mordować Polaków. Ich ciała leżą koło palącego się jeszcze samochodu. A „Grocholski”, ledwo żywy, pobiegł dalej na oślep i nie zważając na niedawną strzelaninę natknął się wreszcie na nasz patrol.

- Stój, gdzie biegniesz! Zatrzymaj się! Tu partyzanci! - krzyczę do niego.

„Grocholski” wreszcie ochłonął i zatrzymał się.

- To dobrze, to bardzo dobrze, że jestem wśród partyzantów. Chcecie to wierzcie, ale ja przed chwilą uciekłem grabarzowi spod łopaty. Miałem już własnoręcznie wykopany dla siebie grób.

- No nic, uspokój się już. Ci, którzy chcieli ciebie zgładzić, już sami gryzą trawę. Patrz, tam płonie ich samochód!

- No co? Zostaniesz chyba u nas w Oddziale? - zapytałem zbiega.

- A przyjmiecie mnie?

- No pewnie!

- To zgoda, zostaję, a pseudonim mój będzie „Dąbrowa”.

Po tej akcji dowódcy obu oddziałów zarządzili alarm, została także zmobilizowana terenówka. Oczekiwano na niemiecki odwet i postanowiono dla ochrony ludności przyjąć walkę. Akcja odwetowa jednak nie nastąpiła i po trzech dniach przebywania w terenie oddziały wróciły na kwatery.

W drugiej połowie lipca do oddziału przybył z Krakowa Józef Fiszer -„Myśliński”, najmłodszy brat „Bolka” i „Łęczyca”. Razem z nim stan „Gromu” wynosił 27 partyzantów.

Kiedy wiadomym już było, że Niemcy nie podejmą żadnych represji za akcję „Błyskawicy” pod Turnawcem, „Grom” w okresie od 12 do 20 lipca 1944 r. wykonał jeszcze kilka akcji jak: rozbicie mleczarni w Dzierżążni i zarekwirowanie produktów żywnościowych, wypad do Liegenschaftu Chroberz połączone z zabraniem dwóch wieprzków i żywności, ubezpieczenie pogrzebu poległego w Dębianach partyzanta „Tygrysa” z oddziału ppor. „Pazura”. Akcja na Liegenschaft Hebdów, prze-prowadzona 20 lipca przez patrol w składzie: „Karp” (dowódca) oraz „Batko”, „Cień”, „Gala”, „Mściciel”, „Łęczyc”, „Kropka”, „Ryś”, „Soroka”, „Zając” i „Zbójnik” zakończyła się zdobyciem dwóch pięknych koni - arabów, stanowiących własność gubernatora Franka. „Karp” pozostawił w Liegenschafcie zaświadczenie dla gubernatora z pieczątką „Gromu”.

26 lipca 1944 r. stał się pamiętnym dniem dla Miechowskiego. Na terenie o powierzchni ponad tysiąca km kwadratowych, sięgającym od Pińczowa do biegu Wisły, a dalej do Opatkowa, Koszyc, Nowego Brzeska, a na południu poprzez Kocmyrzów, Kazimierze Wielką, Skalbmierz, Działoszyce do drogi warszawskiej między Miechowem a Jędrzejowem, powstała Rzeczpospolita Kazimiersko-Proszowicka (zwana też na początku Rzeczypospolitą Miechowską). Teren ten został oswobodzony na krótko z okupacji, zajęły go oddziały partyzanckie. Poczta, telefony, władza terenowa - wszystko to znowu było polskie. Żywot Rzeczypospolitej był krótki, zaledwie dwutygodniowy, ale jakże radosny dla uczestników tych wydarzeń. Byłem jednym z nich. Wraz z oddziałem partyzanckim krakowskiego „Kedywu” - „Grom”, wspólnie z kolegami z oddziału terenowego ppor. Franciszka Pudo - „Sokoła”, rozbiliśmy niemieckie siły w akcji pod Sielcem 26 lipca 1944 r.

Była druga połowa lipca. Lato w pełni, dzień po dniu niemiłosiernie praży słońce. W nocy zza Wisły wyraźnie słychać grzmot armat. Dochodzą do nas coraz bardziej pocieszające wieści. Rozwija swoje natarcie I Front Ukraiński, Armia Radziecka dotarła w rejon Rzeszowa i Wiślicy. 20 lipca pojawiają się wieści o zamachu na Hitlera w jego kwaterze polowej. Niektóre oddziały terenowe zaczęły rozbrajanie niemieckich posterunków na swoim terenie.

I tak 24 lipca oddział Tadeusza Jędryka -„Ryszarda” z LSB rozbił granatową policję w Racławicach. Kilka godzin później w nocy oddział BCh ppor. „Pazura” wraz z żołnierzami AK rozpędził 60 policjantów z posterunku w Działoszycach. Oddział sierżanta Mieczysława Jońca -„Lota” zdobył 25 lipca posterunek w Nowym Korczynie.

Z godziny na godzinę nasz oddział „Grom” - wyczekiwał niecierpliwie na rozkaz do działania. 25 lipca o piątej po południu zadyszany łącznik przybył do dowódcy „Sama”. Tej nocy jeszcze mamy zaatakować więzienie w Kazimierzy Wielkiej i oswobodzić ni. in. ppor. „Maratona” - dowódcę kompanii w 120 pp AK. Siadamy na podwody i ruszamy w nakazanym kierunku. Koło wsi Topola dołącza do nas oddział „Skok”, także podległy „Kedywowi”. Wkrótce jesteśmy u rogatek miasteczka. W głębokiej ciszy, zamaskowani, oczekujemy na rozkaz do natarcia. Zakaz rozmów i palenia tytoniu niemiłosiernie przedłuża chwile oczekiwania. Rozkaz do natarcia jednak nie nadchodzi, atak odwołano.

„Skok” odjeżdża do lasów chroberskich. Nasz dowódca postanawia pokręcić się wzdłuż dróg, na których można spotkać Niemców. Jest już całkiem jasno i dzień zapowiada się znów upalnie. Tarcza słoneczna rozpoczyna swoją codzienną wędrówkę. Po krótkim marszu docieramy do wsi Topola, stamtąd do folwarku Ostrów. Nie jest on jednak kresem rozpoczętej nocą wędrówki. Docieramy do wsi Kobylniki, gdzie dowódca postanowił zakwaterować oddział. Po śniadaniu wiara przenosi się do stodoły i układa do snu na słomie. Nie dane było nam jednak odpocząć. Zdyszany łącznik z „terenówki” melduje podniesionym głosem: trzy samochody Niemców mają wyruszać na Skalbmierz dla dokonania penetracji terenu.

Dowódca zarządza alarm i oddział wyrusza ubezpieczonym marszem w kierunku Liegenschaftu Sielec. Docieramy tam między godz. 10 a 11. Na miejscu jest oddział „terenówki” pod dowództwem „Sokoła”. Nasz dowódca - „Sam” i „Sokół” oceniają sytuację. „Sokół” zaprasza na śniadanie. Takiej propozycji nikt nie odmawia. Ale wojna rządzi się innymi prawami. Kolejny łącznik melduje o jadących od Skalbmierza trzech niemieckich samochodach. Śniadanie pozostaje nietknięte. Oddział w biegu rozwija się w kierunku szosy Kazimierza-Skalbmierz. Samochody niemieckie stoją, a w pierwszym z nich pod otwartą maską szofer grzebie w silniku. Wykorzystujemy ten fakt na zajęcie odpowiednich, stanowisk.

Wróg ma nad nami przewagę. W każdym z trzech samochodów jest po ok. 20 dobrze uzbrojonych Niemców. Nasz oddział liczy 24 partyzantów zasobnych w 14 karabinów, 2 Steny, 2 pistolety maszynowe MP, 8 pistoletów i około 30 niepewnych granatów, wykonanych w warunkach konspiracyjnych prymitywnymi metodami. Na każdy automat przypadają tylko 2 magazynki i 120 pocisków luzem, na każdy karabin około 60 pocisków. Oddział „Sokoła” liczy 14 partyzantów uzbrojonych w karabiny, Steny, granaty i ręczny karabin maszynowy Browning. Z amunicją u nich też krucho. Mimo to wszyscy są w doskonałym nastroju, każdy pała chęcią zadania ciosu hitlerowcom.

Tymczasem, jak się później okazało, 24 lipca 1944 r. SS-Obersturmführer Carl, dowódca kompanii 2/I. Poi. Wach.-Batl. XXI zur Bandenbekämpfung otrzymał w Miechowie od hauptmanna Haaslera polecenia ściągnięcia niemieckich posterunków z Brzeska Nowego, Koszyc i Skalbmierza do Kazimierzy Wielkiej. Obersturmführer Carl gorliwie wziął się do dzieła. Rozkaz wykonał do godz. 6 w dniu 26 lipca. Następnie przejął pod swoją komendę posterunek w Kazimierzy Wielkiej i w południe załadował swoje siły na trzy ciężarówki. Kolumna wyruszyła w kierunku Skalbmierza zamierzając połączyć się z żandar-merią jadącą z tej miejscowości. To właśnie te ciężarówki zachowując duże odstępy dla bezpieczeństwa, zbliżały się do Sielca z drugiej strony.

Wraz z „Katem” i „Szczupakiem” znajdujemy się na brzegu skrzydła partyzanckiego ugrupowania. Pierwsi więc meldujemy po linii: na szosie widać trzy niemieckie samochody z około 60 hitlerowcami. Tężeją nasze twarze, zaciskamy palce na spustach, karabinów. Co robić? Przewaga jest bardzo duża. Czekać czy atakować? Chwile, niepewności przerywa spokojny głos dowódcy, który zajął miejsce koło przydrożnej kapliczki: zmienić front i czekać na otwarcie ognia przez rkm!

Nadjeżdżające samochody od strony Kazimierzy Wielkiej zrównują się z lewym skrzydłem naszych pozycji. Seria rkm rozpoczyna bój. Natychmiast wtórują jej nasze pistolety i karabiny. Kierowca pierwszego samochodu osuwa się na kierownicę, a ciężarówka z impetem wpada do przydrożnego rowu i zaczyna płonąć. Niemcy wysypują się z samochodów i zajmują stanowiska po przeciwnej stronie drogi. Natychmiast otwierają silny ogień przykuwając nas do ziemi.

W jazgocie karabinów „Karp” krzyczy w moją stronę oraz do „Kata” i „Szczupaka” leżących obok: rzucajcie granaty!!! W kierunku drugiego samochodu rzucam granat. Upada na maskę i toczy się powoli. Czekamy wtuleni w ziemię na wybuch. Niestety nic z tego. Nikt się temu nie dziwi, konspiracyjne granaty mają zapalniki z lanego żelaza i „lubią” się łamać po zetknięciu z twardymi przedmiotami nie dopuszczając iskry do materiału wybuchowego.

„Sam” postanawia wycofać całe lewe skrzydło na bezpieczniejszą odległość. Dosłownie 8-9 metrów dzieli nas od Niemców. W tej sytuacji mogą nas roznieść granatami.

Tymczasem Niemcy przybywający od strony Skalbmierza, a czekający dotychczas na ukończenie naprawy zepsutego samochodu, zorientowali się, że zasadzka była przygotowana na nich. Pragnąc przyjść z pomocą kamratom zaczęli prażyć ogniem z karabinów i pistoletów maszynowych po naszych stanowiskach. Kilka zawieruszonych pocisków zapalających wznieca pożar dwóch domów stojących po przeciwnej stronie szosy. Bure kłęby dymu przysłaniają stanowisko obu walczących stron.

Niemcy od strony Kazimierzy Wielkiej nie orientując się w sytuacji, a wykorzystując zadymienie, wsiadają na dwie ocalone ciężarówki i wycofują się prowadząc huraganowy ogień. Zostawiają na drodze siedmiu zabitych żołdaków. Wkrótce są już na posterunku żandarmerii w Kazimierzy Wielkiej. Obersturmführer Carl próbuje gorączkowo dodzwonić się do Krakowa. Wreszcie jest połączenie. Zdenerwowany prosi swoich zwierzchników o pomoc, gdyż został zaatakowany przez „przeważające siły bandytów”. Otrzymuje obietnicę odsieczy kompanii z ciężką bronią maszynową. Gdy ta pomoc nie nadejdzie do pierwszej, Niemcy wycofają się do Krakowa pozostawiając Kazimierze Wielką na pastwę losu, a właściwie we władaniu partyzantów.

Dzień 26 lipca 1944 r. jest w pełni. W boju pod Sielcem odparliśmy cześć atakujących sił niemieckich od Kazimierzy Wielkiej. Tymczasem ogień hitlerowców zgrupowanych wokół ciężarówek, które nadjechały od strony Skalbmierza, nieco słabnie. „Orlik” i „Zając” starają się podczołgać do trupów niemieckich żołnierzy pozostawionych przez oddział, który wycofał się w stronę Kazimierzy Wielkiej. Obaj partyzanci chcą zabrać broń leżącą przy zabitych. Mimo niezbyt dużej odległości czas czołgania wydłuża się do nieskończoności. Wokół bzykają pociski niczym osy szukające swoich ofiar. „Orlik” i „Zając” szczęśliwie wypełniają zadanie i ich łupem stają się dwa Bergmanny, dwa karabiny, dwa pistolety i po sześć magazynków do każdego pistoletu maszynowego. W chwilę później do innego trupa Niemca dociera młody, odważny harcerz Zygmunt Zagrodzki z Warszawy. Przebywa na wakacjach u swojego wuja - dowódcy oddziału terenowego „Sokół”. W akcji bierze udział dobrowolnie i właśnie zdobywa łup w postaci karabinu, dwóch granatów, ładownicy i hełmu.

Jego dalsze losy są tragiczne. Zagrodzki niestety nie wróci nigdy do Warszawy. W kilka dni później zginie podczas pacyfikacji Skalbmierza.

Tymczasem na szosie do Skalbmierza widać jakiś ruch. Okazuje się, że to Niemcy wysyłają dwie ciężarówki po posiłki do Miechowa. Po drodze w Skalbmierzu część Niemców wysiada i ustawia karabin maszynowy na wieży kościelnej. Jego ogień jest niecelny.

Całą swoją uwagę skupiamy na pozostałych Niemcach. Wzmocnieni już tylko czwórką żołnierzy z oddziału terenowego „Sokół”: „Lotnym”, „Lechem”, „Rawiczem” i „Ćmokiem” atakujemy z trzech stron. Hitlerowcy bronią się zaciekle oczekując na posiłki z Miechowa. Brak amunicji ponagla nas. Esesmańskie panterki Niemców doskonale harmonizujące z terenem, utrudniają nasze zadanie. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Słoneczny żar dosłownie zalewa nas, a unoszący się dym dusi i gryzie w oczy. Słupy iskier i popiołu z palących się obok budynków, co chwilę opadają na nas. Język przysycha do podniebienia, pot cienkimi stróżkami ścieka z czoła i skroni. Wypijamy brudną wodę z fosy.

I znów podrywa nas głos „Karpia”: Czołgać się w kierunku stanowisk niemieckich! „Sam”, „Łęczyc”, Kat”, „Ryś” i „Myśliński” docierają na odległość kilkunastu metrów do hitlerowców, rzucają się do przodu, pozostali partyzanci także ruszają do szturmu. Osaczeni hitlerowcy widząc beznadziejną sytuację wychodzą z zamaskowanych stanowisk z podniesionymi rękami. Załamani na duchu oddają się w partyzancką niewolę. Brudni, okopceni dymem, z maskującymi zielonymi siatkami na twarzach wyglądają strasznie. Niczym nie przypominają butnych okupantów sprzed kilku godzin. Jest ich tylko dwunastu, w tym dwóch ciężko rannych. Trupy dalszych jedenastu leżą w przydrożnym rowie. Strat w ludziach nie mamy. Jedynie „Wilk” jest ranny w brzuch i łokieć prawej ręki.

Naszym łupem stał się samochód terenowy, karabin maszynowy MG-42 Spandau, 14 skrzynek amunicji, 3 Bergmanny, 5 PM, 18 pistoletów Parabellum i P-38 z magazynkami, 28 karabinów, sporo granatów, miny do granatnika oraz wyposażenie bojowe w postaci pasów, ładownic i panterek.

Niemcy trzymają ręce do góry, stoją koło samochodu. „Kat”, „Sam” i „Łęczyc” podchodzą do nich. Ich dowódca - hauptmann - sądząc po posiadanych przez partyzantów mundurach przypuszcza, że są to brytyjscy spadochroniarze i przemawia po angielsku. Na to „Kat” odpowiada po niemiecku, że mają do czynienia z polskimi partyzantami. Mając świadomość co hitlerowcy wyprawiali z każdym pojmanym partyzantem, Niemcy zaczynają dygotać. Wtrąca się „Sam” i oświadcza:

— Nie znaczy to, że jesteśmy bandytami i mordercami jak wy!

Częściowo uspokojony niemiecki dowódca nieśmiało wdaje się w rozmowę z „Samem”:

- Czy tylko tylu was tu jest i z taką bronią?

- Tylko tylu i nie mamy zabitych d ciężko rannych.

Niemcy nie mogą pojąć, jak przegrali z tak słabo uzbrojonym przeciwnikiem!

 W trakcie tej rozmowy przybywa pomoc z lasów chroberskich - oddział partyzancki „Skok”. Z zaciekawieniem oglądają jeniecką „zdobycz”. „Zając” uruchamia zdobyty samochód i wraz z rannymi Niemcami odjeżdża do wsi. Pozostali jeńcy z rękami na karku wloką się pieszo.

W czasie marszu do wsi napotykamy na spieszący nam na pomoc kurs podchorążych 120 pp AK pod dowództwem rtm. Wiesława Żakowskiego -„Zagraja. Teraz już wspólnie docieramy do Sielca. Mieszkańcy witają nas entuzjastycznie. Dostajemy od dziewcząt polne kwiaty, brzmią okrzyki na cześć partyzantów i naszego oddziału. Gospodynie częstują mlekiem, chlebem i wszystkim co jest pod ręką. Tak dochodzimy do szkoły, gdzie znajduje się cały sztab „terenówki” pod dowództwem rtm. „Zagraja”. Oficerowie w polskich mundurach przyjmują niemieckich jeńców. Jako celowniczy, ze zdobycznym karabinem maszynowym, oraz amunicyjnymi „Kropką” i „Katem” obejmujemy posterunek na skrzyżowaniu dróg w odległości 50 m od szkoły. Do Kazimierzy Wielkiej wyrusza zdobycznym samochodem silny patrol. Ma za zadanie pobrać kilka beczek benzyny z opuszczonych magazynów. Wkrótce są z powrotem. Nasz oddział ładuje się do wozu i rusza w kierunku lasów chroberskich.

Na skrzyżowaniu drogi sieleckiej z traktem z Działoszyc napotykamy spieszący nam jeszcze na pomoc oddział AL z grupy Zygmunta Bieszczanina -„Adama”. Wtem na niebie pojawiają się dwa niemieckie samoloty zwiadowcze Storch. Na komendę „Lotnik! Kryj się” wszyscy rozpraszamy się i maskujemy. Samoloty po kilku okrążeniach odlatują. Nie otwarły ognia co może oznaczać, że nas nie zauważyły.

Dalej podążamy bez przeszkód i wkrótce jesteśmy na swojej kwaterze u Rejdaka w lasach chroberskich. Otrzymujemy skromną kolację składającą się z chleba, małego kawałka kiełbasy i zbożowej czarnej kawy. Niewiele jak na nasze zgłodnia-łe żołądki.

Do oddziału wstępują nowi ochotnicy z rezerwy stanowiącej „Grom B”: „Rudy”, „Tatar”, „Korsarz”, „Lew”, „Sulima” i „Jaksa”.

Kolejny alarm następuje w czasie spożywania posiłku. Przyczyną jest meldunek o spodziewanym przyjeździe Niemców od strony Miechowa przez Działoszyce lub Skalbmierz. „Sam” robi zbiórkę. Pada krótki rozkaz:

- „Batko”, „Rudy”, „Myśliński” zostają na melinie!

- My jedziemy zrobić zasadzkę na Niemców!

Oddział ładuje się na zdobyty samochód i rusza w stronę Skalbmierza. Na skrzyżowaniu z drogą Działoszyce-Czarnocin „Sam” rozkazuje zatrzymać samochód. Wysiadamy i maskujemy się w przydrożnych, rowach. Oczy na próżno wypatrują w ciemności mających przejeżdżać Niemców. Na drodze panuje spokój. Na bezskutecznym oczekiwaniu upływa również reszta nocy. Zaczyna świtać. Naszą uwagę przykuwają dymy unoszące się nad Działoszycami. To Niemcy dokonali nalotu i zbombardowali miasteczko uprzednio zajęte przez oddziały Batalionów Chłopskich. W ten sposób lotnictwo niemieckie mści się na bezbronnej ludności polskiej.

Mijają dwie godziny. Na drodze z Działoszyc ukazuje się pierwsza furmanka z uciekinierami z palącego się miasteczka. Na wozie stoi niepozorny chłop i pogania batem chudą szkapinę. Za nim siedzi kobiecina z naprędce zarzuconą chustką na głowie oraz małe płaczące dziecko. Kobieta podtrzymuje podskakujące na furmance tobołki z uratowaną częścią dobytku. Po chwili ukazują się dalsi uciekinierzy. Są mocno przestraszeni i trudno z nich wydobyć jakąś konkretną wiadomość. Niektórzy pokazują ulotki rzucone przez Niemców w czasie nalotu. Czytamy w nich: „Niemieckie lotnictwo odpowiada bandytom i ich pomocnikom w powiatach Miechów i Busko, którzy zakłócają bezpieczeństwo i porządek”.

W tym okresie dowództwo 106 DP AK zaczęło mobilizować swoich członków, których uzbrajano i tworzono z nich regularne oddziały wojskowe. Terenówka przejęła również całą władzę cywilną w powstałej Rzeczypospolitej Kazimierzowsko-Proszowickiej. Wreszcie po czterech latach okupacji wszystkie urzędy na tym małym skrawku Polski znalazły się w naszych rękach. Uruchomiono zaraz kolejkę wąskotorową. Udekorowana biało-czerwonymi flagami kursowała ona na trasie Działoszyce-Skalbmierz-Kazimierza Wielka-Proszowice. Ludność okolicznych miasteczek opanowanych przez polskich partyzantów, wyciągała ze schowków przechowywane z narażeniem życia przez przeszło cztery lata flagi narodowe i dekorowała nimi ważniejsze urzędy i domy. Cała Rzeczpospolita wyglądała odświętnie. Ludzie radowali się i na każdym kroku okazywali partyzantom wdzięczność za przyniesioną wolność.

Oddziały partyzanckie patrolowały cały oswobodzony od okupanta teren. Również i „Grom” na samochodzie z wymalowanym na chłodnicy białym orłem kontrolował ważniejsze szlaki komunikacyjne, na których spodziewano się przychwycić Niemców. Ale hitlerowcy po porażce jaką ponieśli pod Sielcami nie bardzo kwapili się pokazywać na terenie opanowanym przez polskich partyzantów. Ograniczali się jedynie tylko do częstego wysyłania samolotów zwiadowczych, które przeprowadzały rozpoznanie lotnicze.

Oddział jeżdżąc po terenie zatrzymał się na krótki wypoczynek w parku należącym do dworu w Drożejowicach. Rozłożyli-śmy się pod ogromnymi stuletnimi dębami i klonami. Nie każdy mógł jednak wypoczywać. „Sam” wyznaczył kilku ludzi do ubezpieczenia oddziału. Już po chwili koledzy zameldowali o krążeniu niemieckiego samolotu na niewielkiej wysokości. I znów trzeba było przerwać upragniony wypoczynek. Otrzymałem rozkaz otwarcia ognia z karabinu maszynowego do nie-przyjacielskiego samolotu. Nie namyślając się wiele nad wyszukaniem odpowiedniego stanowiska, oparłem karabin na ra-mieniu „Kropki” i z takiej pozycji strzelałem krótkimi seriami do niemieckiego lotnika. Ten zorientował się, że jest ostrzeliwany, szybko wzniósł się wyżej, a następnie odleciał w stronę Krakowa.

Duży entuzjazm i powszechną radość wśród braci partyzanckiej oraz miejscowej ludności wywołała wiadomość o wybuchu zbrojnego powstania w Warszawie. Okoliczna ludność sądziła, że na teren Rzeczypospolitej Kazimierzowsko-Proszowickiej już nigdy nie powróci znienawidzony okupant.

Na dowódcę „Gromu” został przydzielony rozkazem kierownictwa „Kedywu” skoczek spadochronowy ppor. „Wierzba”, zrzucony na terytorium Polski w maju 1944 r. Na kwaterze Rejdaka „Wierzba” zebrał wszystkich partyzantów i palnął im krótką mowę:

- Od dzisiaj będę waszym dowódcą. Rozkazem dowództwa „Kedywu” mam doprowadzić oddział na koncentrację pod Kraków, gdzie mamy się przygotować wraz z (innymi grupami partyzanckimi do akcji oznaczonej kryptonimem „Burza”.

Już tego samego dnia „Wierzba” zarządził wyjazd w kierunku Krakowa. Wsiedliśmy do zdobytego pod Sielcem samochodu i ruszyliśmy przez Skalbmierz, Małoszów, Klimontów, wszędzie serdecznie żegnani przez oswobodzoną ludność. Gdy od-dział dojeżdżał do stacji kolejowej Proszowice, miejscowa ludność dała znać o przebywających na rynku okupantach, którzy przyjechali przed chwilą i mordują bezbronnych mieszkańców. „Wierzba” natychmiast zarządził ostre pogotowie. Wysiedliśmy z samochodu i gęsiego, po obu stronach drogi, ruszyliśmy w kierunku rynku proszowickiego. Powoli zbliżaliśmy się do pierwszych zabudowań. Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Na ulicach nie było żywej duszy. Od czasu do czasu złowrogą ciszę przerywały wystrzały karabinów dochodzących z rynku. Idziemy pochyleni trzymając w rękach broń gotową do strzału. „Wierzba” ponagla:

- Pospieszcie się, żeby nam nie zwiali!

Jednak faszyści zauważyli widocznie zbliżających się partyzantów, gdyż wskoczyli na samochód ciężarowy z przyczepą i ostro ostrzeliwując się uciekali na pełnym gazie w kierunku Słomnik. Echo odbijało jeszcze od ścian kamieniczek ostatnie strzały gdy oddział wkroczył na rynek. Na środku leży zabity Polak. Z głowy wąską stróżką cieknie krew, tworząc powoli w zagłębieniu bruku czerwoną kałuże. To uciekający hitlerowcy zdążyli jeszcze zastrzelić przed odjazdem ostatnią ofiarę.

Oddział obstawia rynek i wszystkie wylotowe uliczki. Po chwili za jedną z brani słychać łoskot. Może to jakaś inna grupa Niemców? Mocniej przyciskamy broń. Brama zgrzytając powoli, uchyla się i wychodzi z niej zalany w trupa mieszkaniec. Idzie chwiejnym krokiem w stronę partyzanckiego samochodu. Nagle zatrzymuje się, z niedowierzaniem patrząc na białego orła wymalowanego na chłodnicy samochodu. Gość wykrzywia głowę, przeciera oczy i patrzy to na orzełki na furażerkach, to znów na auto. Widocznie jakoś skojarzył sobie ten obraz, gdyż zaczyna wrzeszczeć przepitym chrapliwym głosem:

- Jak Boga kocham, to Polacy!

Facet podchodzi jeszcze bliżej, opiera się o samochód i patrząc na orła drze się dalej:

- Ludzie wychodźcie! To partyzanci, polscy partyzanci!

Ludność zwabiona krzykiem powoli wychodzi z domów, nie dowierzając własnym oczom. Gdy jednak przekonują się, że to naprawdę polscy partyzanci, okazują entuzjazm i szczerą gościnność. Szybko zapomnieli już o niedawnej trwodze. Cieszą się z przegonienia okupanta i przyjazdu partyzantów. Chcą nas ugościć. Jednak „Wierzba” zarządza natychmiastowy wyjazd w kierunku ucieczki nieprzyjaciela. Wskakujemy szybko na samochód i rozpoczyna się szaleńczy pościg. Jednak na dogonienie wroga nie mamy już szans, toteż samochód skręca w polną drogę i kieruje się do punktu koncentracji w Goszczy.

Ciężarówka telepie się i podskakuje na wybojach. Niebo zaciąga się czarnymi, bałwaniastymi chmurami. W dole wiatr przelatuje ponad wierzchołkami drzew, szarpiąc je i wyginając. Zmrok zapada szybko. Nadchodzi ciemna bezksiężycowa noc. Spadają pierwsze krople deszczu, które po chwili przechodzą w nieustającą ulewę. Polna droga stopniowo zamienia się w grzęzawisko. Co chwilę samochód boksuje i wpada w głębokie koleiny z lepkim błotem. Wysiadamy i w strugach deszczu przepychamy go z trudem. Od czasu do czasu ktoś wywraca się na błotnistej mazi. W takich warunkach okropnie zmazana, błotem, głodni, przemoknięci, docieramy po północy do Goszczy. We wskazanej stodole walimy się na siano obok przebywających już tam partyzantów z oddziału „Skok”.

Niemcy w tym czasie zaczęli przygotowywać uderzenie na Rzeczpospolitą Kazimiersko-Proszowicką. Hitlerowcy nie mogli pogodzić się z istnieniem silnych grup partyzanckich na swoim zapleczu. Na wieść o tym „Wierzba” wysłał siedmioosobowy patrol „Gromu” dla zbadania sytuacji.

5 sierpnia 1944 r. Niemcy uderzyli z północy i południa na Rzeczpospolitą Kazimiersko-Proszowicką. Grupa ponad 900 uzbrojonych po zęby żołdaków zaatakowała o świcie Skalbmierz, a nieco później dwie kompanie Wehrmachtu wzmocnione samochodami pancernymi ruszyły z Brzeska Nowego w kierunku Kazimierzy Wielkiej i Skalbmierza. Wywiązała się bitwa o Skalbmierz. Udało się im zepchnąć przeszło dwudziestoosobowy oddział ubezpieczający ppor. „Sokoła” i zająć dzielnicę Za-moście. Niemcy wpadają do rynku, podpalają domy i mordują ludność. W bitwie ginie wraz z częścią swego oddziału ppor. „Brzoza”, który przybył na pomoc walczącym. Ppor. „Sokół”, odważny i bojowy dowódca wpada ciężko ranny w ręce hitlerowców, którzy go dobijają. Ginie również w walce większość żołnierzy z obydwu oddziałów. Sytuacja zaczyna być groźna. Kiedy wydawało się, że to już koniec, do bitwy włączają się dalsze grupy i cała kompania z Kazimierzy Wielkiej 120 p.p. Romana Zawarczyńskiego -„Sewera”. O godz. 14.00 przybywa na pomoc także oddział AL pod dowództwem Zygmunta Bieszczanina - „Adama”. Partyzanci nawiązują łączność z radzieckimi czołgami, które przedostały się w rejon Wiślicy. Rosjanie nie odmawiają pomocy i wkrótce zjawiają się pod Skalbmierzem. Teraz nastąpił silny kontratak partyzantów, w którym bierze udział również wysłany uprzednio patrol „Gromu” w składzie: „Zając”, „Ryś”, „Zbójnik”, „Błysk”, „Mściciel”, „Czort” i „Batko”. W bitwie ginie „Batko”. Około godz. 20.00 miasteczko ponownie zostało opanowane przez partyzantów. W walce zginęło 22 żołnierzy AK, a 75 osób cywilnych zostało wymordowanych przez Niemców w Skalbmierzu i pobliskiej Szarbi. Niemiecki wypad na Rzeczpospolitą od strony południowej okazał się również daremny.

Były to już jednak ostatnie dni Rzeczypospolitej Kazimiersko-Proszowickiej, bowiem Niemcy, skierowali na te tereny jednostki pancerne, które kolejno zajęły Skalbmierz, Kazimierze Wielką i zepchnęły na wschód oddziały partyzanckie. Historia Rzeczypospolitej zakończyła się około 10 sierpnia.

Dla zachowania ciągłości historii oddziału „Grom” muszę cofnąć się do dnia przyjazdu na punkt zborny do Goszczy t j. l sierpnia 1944 r. Nie danym było wypocząć partyzantom „Gromu” po truciach jakie przeszli w drodze do Goszczy, bowiem zaledwie po 3 godzinach seria karabinu maszynowego poderwała nas na nogi. „Gospodarze” stodoły chcieli ugościć bratni „Grom” lepszym śniadaniem, i wysłali patrol dla zdobycia żywności. Przechodząc przez biegnący w pobliżu tor kolejowy Warszawa-Kraków natknęli się oni na przeszło 30 Bannschutzów. Około godz. 5.00 rano wywiązała się strzelanina, która poderwała na nogi resztę „Skoku” i nowoprzybyły „Grom”. W obu oddziałach zarządzono alarm bojowy i wymarsz tyralierą w kierunku nasypu kolejowego, skąd prażyli Niemcy. Por. „Wierzba” natychmiast wyznaczył stanowiska dla dwóch karabinów maszynowych: mojego MG-42 i MG-34 „Szydły” ze „Skoku”. Sam zajął stanowisko obok, ocenił odległość do nasypu kolejowego i ryknął na cały głos:

- Celownik 200, seriami ognia!

Lawina pocisków bluznęła na stanowiska niemieckie. Strzały z nasypu ucichły. Wykorzystał to „Wierzba” i poderwał oby-dwa oddziały do ataku. Pod naporem atakujących, Niemcy zaczęli wycofywać się wzdłuż torów w kierunku Słomnik, docierając do dość wysokiego wzgórza za stacją kolejową Niedźwiedź. Tu zatrzymali się dla złapania oddechu i zajmując do-godne stanowiska zaczęli szczególnie ostro ostrzeliwać atakujących partyzantów. Zależało im, aby trzech rannych oraz dwóch zabitych odstawić w bezpieczne miejsce. Ogień partyzancki karabinów maszynowych był jednak silniejszy i skuteczniejszy, ponieważ zajęliśmy wzgórze, z którego rozpościerał się widok na Słomniki i na resztę chowających się już w opłotkach tego miasteczka Bahnschutzów. To był morderczy atak. Prawie przez 5 kilometrów atakowaliśmy uchodzących i ostrzeliwujących się gęsto Niemców. Brakowało nam tchu. Niemiłosiernie wyczerpane były obsługi karabinów maszynowych, bowiem prócz własnego wyposażenia dochodził jeszcze ważący przeszło 14 kg karabin maszynowy z bębnem, a amunicyjny miał prócz broni osobistej jeszcze po dwie skrzynki z taśmami po 250 szt. pocisków każda. „Wierzba”, który od początku akcji jako najstarszy stopniem przejął dowództwo nad obu oddziałami dał rozkaz do przerwania ataku i powrotu do Goszczy. Umęczeni do ostatnich granic ku swemu chyba wybawieniu spotykamy akurat furmankę powożoną przez starszego już wiekiem gospodarza.

- No co dziadek? - pytam - Podwieziecie nam karabin maszynowy i te skrzynki z amunicją w stronę Goszczy?

- A wy kto?

- Partyzanci!

 - O la Boga! Panocki! Jak wy partyzanci, to ja z wami pojechałbym nawet na koniec świata.

Szczęście jednak nie trwało długo, bowiem wycofujący się Niemcy zdążyli jeszcze wezwać na pomoc samoloty zwiadowcze „Storch”. Trzeba było szybko zabrać karabin oraz amunicję i odskoczyć w jeszcze miejscami nieskoszone zboże i przydrożna zarośla. Gdy samolot odlatywał wychodziliśmy z ukrycia i kontynuowaliśmy marsz.

Kiedy byliśmy już niedaleko kwatery w Goszczy ukazał się w dali jadący w stronę Krakowa pociąg osobowy. „Wierzba” znów dał rozkaz ukrycia się w zbożu. „Belfort” ze „Skoku” nie zdążył, nie miał już czasu żeby uciekać, zresztą nie chciał, gdyż ucieczka zwróciłaby uwagę. Stanął więc jak najbliżej toru, wychodząc z założenia, że w ten sposób będzie najmniej widoczny. Pociąg zapchany był cywilami, a w dwóch ostatnich wagonach jechali żołnierze z frontu najprawdopodobniej na urlop. Pech chciał, że semafor był zamknięty i pociąg zatrzymał się, a akurat ostatni wagon stanął na wysokości „Belforta”. Znajdujący się na pomoście kapitan SS przyglądał się badawczo, gdyż „Belfort” miał typowo partyzancką sylwetkę. Był w polskim mundurze z dystynkcjami st. sierżanta. Nie namyślając się wiele „Belfort” wyszarpuje swój pistolet zza pasa i oddaje dwa strzały. SS-owiec osuwa się na podłogę. Huk strzałów zagłuszył charakterystyczny stuk semafora wskazującego wolną drogę. Pociąg ruszył i zanim ktokolwiek w wagonie zorientował się co się stało, „Belfort” odskoczył w bok i schronił się w zaroślach obok torów.

Dalszą drogę odbyliśmy już bez przeszkód docierając szczęśliwie na kwaterę. Oczekiwała nas pełna podziwu i uznania, licząca około 60 osób, grupa uciekinierów z Krakowa, przyszłych partyzantów 3 kompanii „Grom-Skok”. Byli oni świadkami akcji, która zrobiła na nich duże wrażenie. Początkowo, gdy Niemcy nie strzelali w stronę partyzantów zdawało im się, że są na spokojnych i bezpiecznych ćwiczeniach. A gdy kule zaczęły gwizdać nad głowami spokój szybko ustąpił. W ich oczach można było wyczytać strach, nie wiedzieli co z sobą zrobić, gdzie się podziać. Czekali w napięciu jak zachowamy się. Kiedy w spokoju i sprawnie przystąpiliśmy na rozkaz „Wierzby” do ataku, humory ich poprawiły się i podniosło to ich na duchu. Widzieli na własne oczy, że pomimo silnego ognia można iść do przodu, że nie każda kula zabija i co najważniejsze, widzieli chyba po raz pierwszy w czasie okupacji jak uciekają Niemcy.

Było w tej grupie kilku, którzy jednak nie wytrzymali nerwowo i oświadczyli, że zbyt słabe mają serce i nerwy, za to silne mają papiery i wolą wrócić do domu. Nikt nie miał im tego za złe.

2 sierpnia 1944 r. rozkazem dowództwa „Kedywu” z oddziałów „Grom” i „Skok” powstała 3 kompania „Grom-Skok”. „Grom” zameldował się na punkcie zbornym w Goszczy w składzie: Jan Tryszczała -„Batko”, Jerzy Gara -„Błysk”, Włodzimierz Rozmus -„Buńko”, Kazimierz Stelmach -„Cień”, Zbigniew Basiński -„Czort”, Zbigniew Gertych -„Dąbrowa”, Jerzy Baster -„Gala”, Józef Grodzicki -„Jaksa”, Wojciech Niedziałek -„Judasz”, Czesław Ciepiela -„Karp” (zastępca dowódcy), Józef Bieniasz -„Kat”, Andrzej Frycz -„Korsarz”, Tadeusz Janiak -„Kropka”, Kazimierz Hromniak -„Leśnik”, Franciszek Piaskowik -„Lew”, Jerzy Tracz -„Mały”, NN -„Mściciel”, Józef Fiszer -„Myśliński”, Zdzisław Meres -„Orlik”, Bolesław Gąsiorek -„Ponury”, Kazimierz Sułowski -„Rudy”, Kazimierz Meres -„Ryś”, Julian Dobrzański -„Sas”, Edward Słówko -„Sokół”, Edward Nowacki -„Soroka”, Feliks Skrochowski -„Sulima”, Zdzisław Jabłoński -„Szczupak”, Ryszard Wańkowski -„Tatar”, Jan Kałucki -„Zając”, Zbigniew Kulig -„Zbójnik”, Zbigniew Gawlik -„Żmija”. Pod koniec lipca na kwaterę w Zagajach Dębiańskich doszli jeszcze do oddziału Franciszek Skrochowski - „Aga” i Andrzej Wiechliński -„Cyrus”.

31 lipca 1944 r. z rozkazu kierownictwa „Kedywu” dowódcą oddziału partyzanckiego „Grom” został cichociemny ppor. Maksymilian Klinicki -„Wierzba”. Dotychczasowy dowódca ppor. „Sam” pozostał w terenówce, a ranny pod Sielcem „Wilk” przekazany został na punkt sanitarny, który mieścił się u państwa Tatarczuchów w Sielcu. Był to dom, w którym panowała zawsze wspaniała polska atmosfera. Pani Stefania Tatarczuchowa ps. „Troska”, długoletnia nauczycielka, znana i ceniona od lat patriotka, była wychowawczynią wielu pokoleń młodzieży. W okresie okupacji nie bacząc na różne niebezpieczeństwa kontynuowała tajne nauczanie z zakresu gimnazjum. Wraz z trzema dorosłymi córkami „Jutrzenką”, „Sokolicą” i „Samą”, zaangażowała się w czynną pracę konspiracyjną. W mieszkaniu „Troski” odbywały się miedzy innymi odprawy sztabowe 106 DP AK i inne ważne spotkania organizacyjne. Zaraz po akcji pod Sielcem został tu zorganizowany polowy szpital, w którym ulokowano „Wilka” i gorączkującego po akcji w Skalbmierzu „Rysia”. Ten ostatni rozchorował się na zapalenie płuc. Wiele dni przebywali oni pod troskliwą opieką sanitariuszki Janiny Tatarczuch -„Sokolicy”. Jednak 5 sierpnia na skutek ataku Niemców na Skalbmierz szpitalik został zagrożony i „Sokolica” ewakuowała rannych do Dębian, gdzie umieszczono ich u gospodarzy Kwapińskich. Za parę tygodni również „Sokolica” musiała opuścić dom i ukrywać się przed poszukującymi ją Niemcami.

Poległy w bitwie o Skalbmierz „Batko” został pochowany na miejscowym cmentarzu 6 sierpnia 1944 r.

Od chwili powołania kompanii „Grom-Skok” w funkcji celowniczego karabinu maszynowego MG-42 zastąpił mnie „Kropka”. Natomiast „Karp”, „Leśnik”, „Gala”, „Cień”, „Ryś”, „Czort”, „Lew”, „Tatar” zostali przeniesieni do zwiadu konnego. Doświadczeni starsi partyzanci „Gromu” zostali mianowani dowódcami pododdziałów kompanii „Grom-Skok”.

Uzbrojenie oddziału w chwili przybycia na koncentrację do Goszczy było następujące: karabin maszynowy MG-42 z zapa-sowym zamkiem i lufą oraz 12 skrzynek z taśmowaną amunicją, 2 pistolety maszynowe Sten i po 2 magazynki do nich, 3 pistolety maszynowe Bergmann i po 6 magazynków, 7 pistoletów maszynowych MP i po 2 magazynki, 40 karabinów kb i kbk, 31 pistoletów (Parabellum, Vis, P-3-8, FN, Mauser), 50 granatów i jedną skrzynkę min do granatnika.

 Opracowanie Aleksander Szumański "Kurier Codzienny" Chicago, "Radio Pomost" Arizona  grudzień 2011 r.

Dokumenty, źródła, cytaty:

http://www.kedyw.info/wiki/Cz%C4%99%C5%9B%C4%87_I:_%22Grom%22